piątek, 25 kwietnia 2014

jeden.



Może możemy być szczęśliwi gdziekolwiek.
Móc zawsze i wszędzie już polegać na sobie.

On bywał. Bywał, bo byciem nie można było tego nazwać. Bywał w określone dni; we wtorki, środy i piątki. Bywał, a ona dobrze wiedziała, że będzie tylko bywał, nigdy nie będzie go na stałe.
Bywał właśnie wtedy, bo w poniedziałki jeździł z synem na treningi, w czwartki spotykał się z kumplami z klubu, w soboty zawsze grał mecze, a w niedziele potrzebował czasu dla siebie i tylko siebie.
Jego plan tygodnia był idealnie ułożony, minuta po minucie. Jednak po dłuższym czasie on sam zaczął się w tym gubić, w poniedziałki zaczął czekać na kolegów w jednym z pubów, a gdzieś tam, na drugim końcu miasta jego syn siedział z zawiedzioną miną na kanapie i czekał na tatusia, który pojedzie z nim na trening piłki nożnej. W czwartki było zupełnie na odwrót, spieszył się od domu po synka, podczas gdy jego koledzy z zniecierpliwieniem czekali na niego przy butelce piwa.
A co z resztą tygodnia? Co z wtorkiem, środą i piątkiem?
Właśnie wtedy on wspinał się na czwarte piętro obskurnego bloku i pukał do drzwi z numerem 13.
Zazwyczaj otwierała mu ona. Zazwyczaj siedziała na kanapie i czytała książkę, z której i tak nic nie rozumiała, bo myślała wyłącznie o nim. Zazwyczaj brązowe fale spokojnie opadały na jej ramiona, zazwyczaj miała na sobie kraciastą koszulę i krótkie dżinsowe spodenki, chociaż trzęsła się z zimna. Zazwyczaj przykryta była zielonym kocem z paroma dziurami, które wydrapał jej czarny kot. Zazwyczaj w dłoni dzierżyła poobijany kubek parującej herbaty, a na małym stoliku leżała sterta notatek. Zazwyczaj słysząc pukanie do drzwi wstawała, chwytała Szuszfola na ręce i otwierała drzwi, pozwalając mu wejść do środka i ucałować jej głowę.
Zazwyczaj, ale nie tym razem. Tym razem jej zwyczajnie nie było w mieszkaniu. Tym razem on usiadł na trzecim schodku opierając się o swoją torbę. Tym razem on czekał na nią, a nie ona na niego, bo on był strasznie spóźnialski. To ona zawsze była na czas. Jednak nie tym razem.
Tym razem wróciła trzy godziny później w granatowej sukience, botkach na obcasie i ładniutkim płaszczyku. I nie wróciła sama. Wróciła z blondynem, który na pożegnanie ucałował jej zmarznięty policzek, a ona uśmiechnęła się do niego tak słodko, że on – siedzący na schodach odczuł w sercu dziwne ukłucie zazdrości.
*
Taki suprajs.

12 komentarzy:

  1. Ty wiesz, że ja to kocham, prawda? Wiesz. To to dziecko czy coś jeszcze innego tej telepatii i bardzo, ale to bardzo czuję, że zostanę tu na zawsze, a ty mnie stąd nie wygonisz. Na bank. I ON TU JEST, TEN KTÓRY BYWA. Aww.

    OdpowiedzUsuń
  2. Szuszfol! ♥
    Jejku, Wiki, wiesz, że mnie kupiłaś. Zawsze to robisz. Bo wszystko jest zawsze u ciebie takie magiczne. A ON już w ogóle.

    OdpowiedzUsuń
  3. Piękne. Piękne samo w sobie. :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Cudownie się zaczyna. Jestem tutaj.

    OdpowiedzUsuń
  5. uwielbiam twoje opowiadania

    OdpowiedzUsuń
  6. Wiesz,że moim zdaniem to jest świetne. Całkowicie zgadzam się z Repugnance ,gdyż każde Twoje opowiadanie jest magiczne i strasznie prawdziwe. Jestem Twoją czytelniczką i z pewnością będę z Tobą zawsze . <3
    lukrecja.

    OdpowiedzUsuń
  7. zaczyna się ciekawie ;) czekam na rozwój akcji ;*

    OdpowiedzUsuń
  8. Interesująco ;)
    Czekam na więcej ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. Będziesz to kontynuować?

    OdpowiedzUsuń